Origami dla dziecka

Pierwszy raz z origami płaskim z koła zetknęłam się w pracy, kilka lat temu, kiedy to koleżanka przyniosła stos kółek dla wychowanków i robiła z nimi cuda. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieją takie odmiany origami. Później o tej technice zwyczajnie zapomniałam, ale przypomniałam sobie ją bardzo szybko, kiedy wzięłam do ręki książkę pt."Origami z wierszykami. Ciekawska kaczuszka Omi." Książka można by rzec, jest wszechstronna. Posiada historyjkę o kaczuszce, wierszyki i zestaw kolorowych kółek różnej wielkości oraz instrukcje jak z nich złożyć różne rzeczy czy zwierzęta.

Origami z wierszykami. Ciekawska kaczuszka Omi - Agnieszka Frączek, Dorota Dziamska
Wydawnictwo Bis


 

Przede wszystkim podstawą książki jest wesoła historia o ciekawskiej kaczuszce Omi, która wykluwa się na naszych oczach i od razu możemy poznać jej ciekawską naturę. Podczas swoich pierwszych dni życia spotyka na swojej drodze wiele różnych postaci, między innymi ślimaka, żabkę, latawca czy srokę. I to właśnie tych i innych bohaterów, łącznie z małą kaczuszką możemy złożyć z origami. Co kilka stron pojawia się taki jakby przerywnik głównego opowiadania, składający się z wierszyka o danym bohaterze i instrukcji jak go złożyć z kółek techniką origami. Wierszyk to fajny umilacz podczas składania. A sama instrukcja jest dosyć czytelna i nie mieliśmy większych problemów ze złożeniem origami.








Arturowi bardzo spodobała się ta technika. Owszem, potrzebował mojej pomocy w składaniu, ale my bardzo lubimy działać razem, a ta zabawa potrafi właśnie bardzo zaangażować dziecko jak i rodzica. Fajne jest też to, że po złożeniu wszystkich bohaterów książki, można samemu wymyślić dalsze losy naszej kaczuszki. Na przykład następny dzień z jej życia, ponieważ akurat książka kończy się na tym, że nasza mała bohaterka Omi idzie spać, ale nie może już doczekać się jutra i kolejnych ciekawych odkryć. Artur bardzo chętnie sam zaczął odgrywać role pomiędzy złożonymi postaciami, poruszając nawet ruchome części origami.






Inwencja twórcza Artura - kaczuszka trzymająca latawiec w dziobie.


Wszystkie ilustracje do książki wykonane są metodą origami płaskiego z koła i absolutnie każdy element, nawet najmniejszy kwiatek czy mrówka są inspiracją, aby złożyć je samodzielnie. Co prawda, w zestawie z książeczką jest tylko ograniczona ilość wyciętych kółek, ale zawsze można samemu wyciąć sobie nowe kółka w odpowiednich kolorach i bawić się od nowa. Lub od razu zamówić w sklepie Wydawnictwa Bis dodatkowe zestawy, TUTAJ KLIK. Ja na pewno zrobię te piękne kwiaty i wykorzystam je w swoich scrapkowych pracach.



A dowodem na to, że książka bardzo przypadła do gustu Arturowi jest fakt, że jak tylko zobaczył inne pozycje z tej serii na okładce, zaraz poprosił o zakupienie wszystkich części.



Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką

https://dzikajablon.wordpress.com/2016/02/16/przygody-z-ksiazka-4-zaproszenie-do-udzialu-w-projekcie/


Dziękuję wydawnictwu Bis za przekazanie egzemplarza recenzenckiego.

Wakacje z dzieckiem w Karwi



Zazwyczaj wakacje spędzaliśmy we Władysławowie. Do czasu, kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz z Arturem i odechciało nam się  raz na zawsze urlopu z dzieckiem w tak zatłoczonym kurorcie. Dlatego postanowiliśmy, że w tym roku pojedziemy do miejscowości typowo rodzinnej, małej i kameralnej, gdzie będzie można naprawdę odpocząć na plaży, a nie tylko pilnować dzieci, czy nie wchodzą innym na głowę.

Poczytałam kilka opinii i wybrałam Karwię. Chcieliśmy jechać gdzieś w okolice Półwyspu Helskiego i Trójmiasta by w razie niepogody (lub jak w naszym przypadku, znudzenia ładną pogodą) pozwiedzać ciekawe miejsca. Poza tym, ponad dziesięć lat temu byłam w Karwi i z tego, co pamiętałam, była to naprawdę malutka, rodzinna miejscowość.

Niestety Karwia zadowoliła mnie tylko w połowie. No może na tyle, że jestem jeszcze kiedyś w stanie ją odwiedzić, ale nie jest to mój ideał. Jeśli chodzi o plażę, to grzechem byłoby narzekać. Szeroka, duża i czysta. O każdej porze dnia można spokojnie znaleźć jakieś miejsce... dużo miejsca na rozłożenie koca, namiotu czy innego plażowego ekwipunku. No, może nie zawsze w pierwszym rzędzie przy morzu, ale zawsze znajdzie się miejscówka, gdzie dzieci spokojnie będą mogły kopać doły czy budować zamki z piasku bez ofiar w ludziach. Minusem niestety są wejścia na plażę. Oczywiście narzekać będą tylko ci, którzy muszą używać dziecięcych wózków bo dróżki prowadzące do plaży to sam piach, po którym jak wiadomo ciężko pchać wózek. Jedno główne wejście posiada tylko do połowy drogę wyłożoną płytkami chodnikowymi.

Plusem jest także fakt, że jest to naprawdę mała miejscowość i gdziekolwiek byśmy nie wykupili noclegu, odległość do plaży będzie zawsze dosyć krótka, co jest ważne na wakacjach z małymi dziećmi. My mieszkaliśmy można powiedzieć prawie na końcu mieściny, a do plaży szliśmy 10 minut Arturowym tempem. No i niewątpliwie jest to rodzinna miejscowość bo po godzinie 22 wszystko zamiera i tak jak dzieci, szykuje się do snu. Nie ma żadnych dyskotek i wałęsającej się, wrzeszczącej młodzieży wracającej z nocnych libacji. Jest bezpiecznie i sympatycznie.

Ale niestety Karwia nie jest miasteczkiem kameralnym i spokojnym w dzień. Ludzi jest tak pełno, że o spokojnym spacerowaniu chodnikiem można zapomnieć. Wszędzie kolejki i tłumy. A co do chodników, to są wąskie i w ogóle nieprzystosowane do takiego zaludnienia. W ogóle mam wrażenie, że Karwia nie jest przygotowana na przyjmowanie tylu turystów. Zdecydowanie brakuje porządnego deptaka. Minusem jest też to, że przez miasteczko przechodzi dość ruchliwa ulica, która zabiera urok spacerowania i urlopowania.








A gdzie warto nocować? Z czystym sumieniem polecam Dworek Karwia. Schludny, przytulny pensjonat, z ogromnym placem zabaw, animacjami dla dzieci i porannymi kijkami dla zmęczonych mam i mnóstwem innych dogodności dla rodzin. Jest tam naprawdę przemiła obsługa, która  się nami bardzo dobrze zaopiekowała.

Plac zabaw w Dworku Karwia często wygrywał u Artura z plażą, tudzież innymi atrakcjami w ciągu dnia.



I jeszcze kilka słów, gdzie można moim zdaniem smacznie zjeść w Karwi. 
Przede wszystkim polecam Tawerna Złota przy ul. Wojska Polskiego, gdzie absolutnie każdy posiłek, wliczając nawet śniadania, zaskakuje smakiem i jakością.
Warto wybrać się też na obiad do jadłodajni Płomyk na ul. Kolorowej. Lokal nie zachęca do wejścia i zamówienia czegoś, ale my zaryzykowaliśmy i tak nam zasmakowało, że wróciliśmy tam jeszcze kilka razy. Owszem, być może dania nie smakowały jak u przysłowiowej babci, ale porcje były smaczne, solidne i nie czuć było starego oleju.
Godna uwagi jest też restauracja Złota Rybka przy ulicy Wojska Polskiego, gdzie szczególnie polecam przepyszne pierogi z kapustą i grzybami. Pizza tam nieszczególnie mi smakowała, ponieważ miała dziwny sos. A muszę Wam przyznać, że pizza bez sera (od roku jadam tylko takie) ma zupełnie inny smak, który nie jest zdominowany przez ten dodatek właśnie.

A jaki lokal omijać szerokim łukiem? Oj przyznam szczerze, że jeden bardzo podpadł mojemu podniebieniu. Przy wejściu na plażę nr 44 mieści się bar U Kapitana, gdzie już po ilości ludzi można ocenić, jakie tam dają jedzenie. Zamówiłam pierogi, które cenowo nie należały do najtańszych na karwieńskim rynku restauracyjnym, ale niestety jak się okazało, dostałam 6 sztuk mrożonych pierogów, które były prawdopodobnie źle przechowywane albo źle odgrzane bo były ohydne. Nie byłam w stanie przełknąć nawet jednego kawałka i niczym Magda Gessler wyplułam go ostentacyjnie w chusteczkę. Mąż zamówił pierś kurczaka w panierce z frytkami i surówką i też stwierdził, że więcej już tutaj nie przyjdzie.

Ogólnie rzecz ujmując, jestem zadowolona z wakacji, bo przede wszystkim trafiliśmy na piękną pogodę. Myślę, że odpoczęłam na tyle, na ile w ogóle matka z dwójka dzieci może odpocząć. Kocham morze i ten słony zapach powietrza, a przygrzewające słoneczko jeszcze bardziej sprawiło, że moje baterie zostały naładowane.

A może Wy polecicie mi jakąś mieścinę nad polskim morzem, która jest spokojna i cicha także w sezonie?

Paluszki, czyli o dziesieciu takich, co nigdy się nie nudzą

Biorę do ręki książkę, która ma twardą oprawę, ale jest przyjemnie aksamitna w dotyku. Wertuję strony i podziwiam śliczne, kolorowe ilustracje, jakby namalowane farbami. Czytam mniej więcej o czym jest książka i widzę taki fragment:
"Wycierają się szybko w nogawki spodni i uważają, że są czyste."
Brzmi znajomo prawda? Przecież ta książka jest o moim synku. I o każdym innym chłopcu, który ma ręce pełne roboty. A właściwie, paluszki pełne roboty.


Książka pt. "Paluszki, czyli o dziesięciu takich, co nigdy się nie nudzą" opowiada jeden dzień z życia chłopca o imieniu Marcinek. Wydawałoby się, że jest to zwykła, prosta historia, ale jednak wyróżnia ją fakt, że opowieść pokazana jest od strony paluszków przedszkolaka. Te małe paluszki są pracowite już od samego rana, lepią kulki z chleba przy śniadaniu, umoczone w ślinie podkradają cukier z cukiernicy, w przedszkolu układają puzzle, bawią się dźwigiem, a nawet ciągną koleżankę za warkoczyk. Po powrocie z przedszkola, paluszki nadal mają mnóstwo zajęć, łaskoczą tatę po nosie, zamieniają się w samolot czy budują z klocków lego, a podczas kąpieli udają, że są rybkami lub delfinami. Paluszki nawet w nocy są bardzo zajęte, bo przez sen trzymają zielonego smoka i go łaskoczą po brzuchu.





Mój syn bardzo lubi takie historie, w których może odnaleźć siebie i swoje przeżycia. I ta książka właśnie taka jest. Napisana jest prostym, zrozumiałym dla małych dzieci językiem. Niby opisuje jeden, zwykły dzień z życia małego chłopca, a jednak jest ciekawa, wciągającą i sprawia, że dziecko skupia na niej swoją uwagę od początku do końca. Bardzo podoba mi się to, że historia opisuje nie tylko czynności, jakie paluszki wykonują, ale także emocje, jakie dziecko przeżywa podczas całego dnia. Paluszki trzymają rękaw maminego płaszcza w chwili pożegnania, zaciskają się w piąstki ze złości, kiedy ktoś bawi się ulubionym robotem, klaszczą, kiedy im się coś podoba, zrywają dla mamy kwiatek, czy łapią ją czule za rękę.
A na końcu znajduje się miejsce, żeby uwiecznić na zawsze odbicie paluszków naszych małych, osobistych bohaterów. 


Paluszki, czyli o dziesięciu takich, co nigdy się nie nudzą
Autor: Renata Piątkowska  
Ilustrator:
Jola Richter-Magnuszewska  
Wydawnictwo Bis


Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką 



Dziękuję Wydawnictwu Bis za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Co je mój alergik? /3

Pierwszy wpis z tej serii tutaj KLIK
Drugi wpis tutaj KLIK


 Pasta a la guacamole - awokado, troszkę soku z cytryny, odrobinę suszonego czosnku i pomidorek. Do tego krakersy i czereśnie.



Na drugi dzień Aaron znów zjadł pastę z awokado (uwielbia ją) z plasterkiem pieczonej wołowiny i malinami.



Pasta z oliwek - niestety średnio podpasywała Aaronowi, ale powtórzę ją jeszcze ponieważ mi bardzo smakowała. Zrobiłam ją z zielonych oliwek, odrobiny wody dla odpowiedniej konsystencji i podprażonego słonecznika. Wszystko na oko i do smaku. Do tego chlebek naan z tego przepisu KLIK i borówki.



Kasza orkiszowa i pieczone frytki warzywne (pasternak, burak i marchewka).



Pasta z zielonego groszku (przepis tutaj KLIK), chlebek i maliny.



Mielony kalafiorowy (przepis tutaj KLIK) i pomidor.



Placuszek bananowy i melon. Placuszki robię na oko, rozgniatam dwa dojrzałe banany, dodaję trzy łyżki mąki owsianej i dwie łyżki mąki jaglanej i tyle mleka roślinnego, żeby masa miała konsystencję gęstej śmietany.  Placuszki smażę na patelni, posmarowanej olejem kokosowym.


Czy jesteś tchórzem, Albercie?

Nigdy nie lubiłam się bić, a nawet wchodzić z kimś w konflikt słowny. Pamiętam, że nie raz w szkole, kiedy ktoś mi dokuczał z pomocą przychodziła moja starsza siostra. Nie lubiłam się bić ze strachu i uważałam się za tchórza i słabeusza. Rodzice byli zbyt zapracowani, żeby czytać mi książki wyjaśniające takie sytuacje. Zresztą, jakby to powiedziała moja mama, kiedyś były inne czasy. Jak to dobrze, że teraz jest inaczej. Mamy między innymi książki o Albercie, które pomagają dziecku zrozumieć wiele ważnych spraw. Dzieła Gunilli Bergström zostały nie tylko przetłumaczone na trzydzieści języków, ale doczekały się także spektakli teatralnych i filmów animowanych.

"Czy jesteś tchórzem, Albercie?" to historia o chłopcu, który ma sześć lat i chodzi do zerówki, gdzie jak wiadomo nie od dziś, dzieci czasem się biją. Ale Albert nie lubi się bić i to nie dlatego, że jest bardzo grzecznym chłopcem. Chociaż jego babcia tak uważa i cieszy się, że Albert przejawia niechęć do bijatyk. Jego koledzy natomiast tłumaczą to uprzedzenie tchórzostwem lub brakiem siły. A jak jest naprawdę? Pewnego dnia Albert odważnie wyznaje, dlaczego unika bójek. Jeśli jesteście ciekawi do czego przyznał się chłopiec i co najbardziej dzieci w nim doceniły, koniecznie zajrzyjcie do tej części o Albercie.

Nam osobiście Albert bardzo się podoba. Znamy tego chłopca nie od dziś i nie jest to pierwsza nasza książka. Uwielbiamy go za proste historie, które są lekarstwem na różne, dziecięce bolączki. Język, którym historie są opowiedziane jest tak prosty i przejrzysty jak ilustracje do nich. Nie ma żadnych wątków pobocznych, opisów czy niepotrzebnych zwrotów akcji. Ilustracje także skupione są tylko na Albercie i głównym wątku. Brak w nich szczegółów, wyraźnego tła czy bogatej, przesadzonej kolorystyki. Ilustracje są wręcz banalne i trywialne, ale absolutnie nie ujmuje im to piękna.


Czy jesteś tchórzem, Albercie? - Gunilla Bergström
Wydawnictwo Zakamarki 









Bardzo dziękuję wydawnictwu Zakamarki za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Nie zgub dziecka na wakacjach!

Planując nasz wyczekany urlop nad morzem we czwórkę, bardzo obawiałam się jak to będzie na plaży z naszymi urwisami. Pamiętam kiedy byliśmy dwa lata temu z trzyletnim Arturem pierwszy raz nad morzem i pomimo, że bardzo go pilnowaliśmy o mały włos nam nie zaginął. To był dosłownie ułamek sekundy, wystarczyło, że się tylko odwróciłam, a on już zmieszał się gdzieś wśród ludzi i parawanów. Na szczęście, były to tylko sekundy i nie zdążył zbyt mocno się oddalić. Ta sytuacja uświadomiła mi, jak niewiele potrzeba, żeby zgubić dziecko. Dlatego w tym roku postanowiłam wyposażyć moje dzieci w bransoletki, na których można wypisać numer telefonu i inne, ważne informacje.


Bransoletki Sigel, Kids-ID-Band

Wstępnie zamówiłam na Ebay najtańsze bransoletki, które kosztowały 3,5 funta za sztukę. Nie chciałam zbyt dużo inwestować w ten gadżet, bo wiedziałam, że ma nam służyć tylko podczas pobytu w Polsce i ma mieć wypisany polski numer telefonu, którym będziemy się posługiwać także tylko podczas pobytu na urlopie. Później takie bransoletki nadają się tylko do wyrzucenia, bo numer telefonu jest nieaktualny.

Bransoletki mimo swojej niskiej ceny bardzo dobrze się sprawdziły. Co prawda były eksploatowane na plaży i w wodzie tylko przez pięć dni, ale jestem pewna, że wytrzymałyby dłuższe wojaże. Numer telefonu napisałam mazakiem wodoodpornym, więc nie wiem jak zachowałby się zwykły pisak czy długopis, ale numer telefonu, mimo wielokrotnego zamoczenia w wodzie nie zmył się. Na jednej bransoletce delikatnie się starł w jednym miejscu, ale numer nadal był łatwy do odczytania.

Bransoletka łatwo się zapina, jednak nie można tego powiedzieć o odpinaniu, ale doceniam to trudne zapięcie, ponieważ gdyby nie ono, Aaron pewnie już po pięciu minutach porzuciłby swoją ozdobę. Aaron na początku, po założeniu bransoletki chwilę ją szarpał i chciał zdjąć, ale szybko o niej zapomniał. Arturowi natomiast w ogóle nie przeszkadzała i jak na prawie pięciolatka przystało, doskonale wiedział czemu ona ma służyć i jak ma się zachować jeśli się zgubi.
Bransoletka bardzo łatwo się myje (z piachu na przykład) i szybko schnie. Jest ona regulowana, więc pasuje na malutkie rączki, jak i na te bardziej "dorosłe".
Wzorów tych bransoletek jest chyba z dziesięć, więc każdy znajdzie coś dla siebie.







Opaska informacyjna Little Life

Bransoletkę kupiłam zupełnie przy okazji jakichś zakupów w Boots, czyli tutejszej, dużej drogerii. Zapłaciłam za nią 5,90 funta. Niestety były tylko czerwone biedronki, ale Arturowi się spodobały i powiedział, że będzie taką nosił.

Tą opaskę kupiłam tylko Arturowi i nie z myślą o dwutygodniowych wakacjach w Polsce, ale o wyjazdach i wycieczkach w ogóle. Bransoletka zapinana jest na rzepy, co przy małym dziecku odpada. Jeśli Twój berbeć potrafi rozpiąć bucika na rzep to bądź pewna, że tą bransoletkę też rozpracuje. No chyba, że jest już bardziej kumate i wie, do czego owa ozdoba służy. Dlatego też z zakupem bransoletki dla Aarona muszę poczekać. Ale plusem tego łatwego zapięcia jest to, że Artur sam może ją sobie założyć i zdjąć.

Nie wiem, jak bransoletka sprawuje się na plaży, ale wyobrażam sobie, że te rzepy kumulują bardzo dużo piasku. Bransoletkę łatwo można umyć (mieliśmy już jeden wypadek z jedzeniem) i dość szybko schnie. Również, jak ta powyżej, jest regulowana, więc pasuje na każdą rączkę.

Bransoletka w środku ma kieszonkę, w której ukryta jest wodoodporna karteczka (w zestawie są dwie takie karteczki). Można tam umiescić nie tylko numer telefonu, ale również imię dziecka, datę urodzenia i ewentualne choroby czy alergie. Moim zdaniem ta ukryta karteczka to kolejny argument, że bransoletka nie nadaje się dla małych dzieci w wieku około 1-2 lat. Tak szczerze mówiąc, gdybym nie miała swoich dzieci i spotkałabym takie zagubione dziecko to nie wpadłabym na to, że tam w tej bransoletce ukryta jest informacja o dziecku. Zupełnie inaczej wygląda bransoletka, na której jak wół widnieje numer telefonu. Co innego, kiedy dziecko potrafi już mówić, ale nie potrafi zapamiętać jeszcze numeru telefonu do rodziców. Wtedy może wskazać karteczkę i poprosićo pomoc. I też dlatego nie kupiłam tej bransoletki Aaronowi.

Ale żeby nie było, że się czepiam, bransoletka jest bardzo trwała, na pewno nam długo posłuży. Jestem z niej naprawdę zadowolona i jak tylko Aaron osiągnie odpowiedni wiek, zakupię ten gadżet także dla niego. Bardzo fajnie, że w zestawie są dwie karteczki na wypadek zmiany telefonu. Zresztą, samemu też można zrobić taką kartkę, zalaminować i wsunąć ją do kieszonki bransoletki. Poza tym, bransoletki Little Life mają piękne wzory i są dostępne w większości polskich sklepów internetowych.






Na koniec jeszcze słówko ogólnie o opaskach informacyjnych. Nie jestem zwolenniczką wypisywania na takich bransoletkach imion bo może ktoś nieodpowiedni wykorzystać tą informacje w inny sposób, jeśli powie do dziecka po imieniu, zyska jego zaufanie i nie chcę nawet myśleć, jak to może się dalej potoczyć. Może jest to przesadne, ale ja dla własnego spokoju nie wypisałam na bransoletkach imion dzieci.
Nie wiem jak w innych nadmorskich kurortach, ale w Karwi takie bransoletki można było zakupić u ratowników w budce. Bardzo fajnie, że była taka możliwość.

Z mojej strony to wszystko. Tym, którzy dopiero wyjeżdżają życzę udanego urlopu :)