Urodziny z Minecraft

Pamiętam, kiedy leżałam w szpitalu po urodzeniu Artura i rozmawiałam z równie świeżo upieczonymi matkami jak ja, o urodzinach dzieci i tortach, które trzeba będzie tworzyć spełniając marzenie małych wielbicieli smoków, księżniczek czy autek. Zabawne, że akurat na sali poporodowej gadałyśmy o takich rzeczach, ale doskonale to pamiętam. I nawet pielęgniarka, która miała wtedy nocny dyżur i dawkowała nam leki i kroplówy, rozmawiała z nami i doradzała, że zamek to bardzo łatwo zrobić przy pomocy wafelków do lodów, a auto z okrągłego biszkoptu ponacinanego po dwu stronach. Eh, pamiętam jak dziś. A to było 6 lat temu.

Widać te torty i organizacja urodzin już od samego początku spędzała nam, matkom sen z powiek. No bo wiadomo, że jak już pociecha sobie coś wymarzy to matka choćby miała nie spać, zorganizuje wszystko jak trzeba. Mam nadzieję, że w tym roku mi się to udało bo syn zażyczył sobie Minecraft! Chociaż myślałam, że będzie chciał PJ Masks i nawet już zaczęłam szukać inspiracji w tym kierunku. Ale pierworodny dba o poszerzanie horyzontów matki i chcąc nie chcąc musiałam trochę zaznajomić się z tematem.

Od razu przyznam, że poszłam na łatwiznę. W internetach jest tak dużo inspiracji i pomysłów jak zorganizować takie urodziny, że naprawdę nie napracowałam się. Chociaż mimo tego, samego tematu nie polubiłam i mam nadzieję, że w przyszłości Aaron nie poprosi mnie o imprezę w tej tematyce.

Zaproszenia, plakat, piki i inne przydatne rzeczy wydrukowałam STĄD
Niestety moja drukarka odmówiła posłuszeństwa, a raczej zabrakło kolorowego tuszu akurat przed organizacją imprezy, ale Artur zatwierdził małe niedociągnięcia.



Torebki dla gości zrobiłam sama. Tak, już wiem jak wygląda Creeper i mogłabym namalować go nawet, gdyby ktoś obudził mnie z głębokiego snu w środku nocy. W torebkach nic takiego majnkraftowego nie było, po dwa wielkie balony z gumką do odbijania, słodycze, długopis, notesik i karteczki samoprzylepne z Ali :P


Jeśli chodzi o kolorystykę to wybraliśmy razem z Arturem (bo w tym roku miał bardzo świadomy wkład w organizację tych urodzin i bardzo się z tego cieszył) kolor zielony, czarny i złoty/pomarańczowy. Kupiłam za grosze jakiś foliowy, zielony obrus, trochę droższe już serwetki w dwóch kolorach i dużo balonów. I oczywiście czarne kubki na owoce. I tyle jeśli chodzi o wydatki na dekoracje. Zielone torebki na paczuszki dla gości miałam jeszcze ze świąt Bożego Narodzenia, z kalendarza adwentowego.



Przejdźmy do tematu jedzenia, bo tutaj napracowałam się najbardziej. Nie mieliśmy wcale dużo gości bo tylko naszą rodzinkę, ale był "wypaśny" obiad, trochę zimnych przystawek, tort, ciasto i typowo majnkraftowy stolik dla dzieci. Przyznam szczerze, trochę się napracowałam. Ale nie oszukujmy się, lubię to i mam na to czas. Gdybym nie lubiła siedzieć w kuchni to po prostu większość rzeczy bym kupiła.

Ziemię czy tam węgiel, jak zwał tak zwał, zrobiłam z płatków śniadaniowych i czekolady rozpuszczonej z odrobiną oleju kokosowego.
Kulki zrobiłam z tego przepisu KLIK
Reszta rzeczy widoczna na stoliku to już typowo wyroby sklepowe.
W lodówce czekała jeszcze na gości tarta z tego przepisu KLIK









Jeśli chodzi o tort to miałam największy problem. Tak naprawdę to do samego końca, nawet jak już piekłam czekoladowy biszkopt w kształcie prostokąta to nie miałam na niego żadnego pomysłu. Nie chciałam używać masy cukrowej bo nie lubimy takich tortów, a chciałam żeby tort bardziej smakował niż wyglądał.

W końcu tort "jakoś" wyszedł. Artur zapytał tylko "Zrobiłaś najlepiej jak umiałaś tak?"
No więc ten tego, zrobiłam najlepiej jak umiałam, ale syn pewnie miał inne wyobrażenie :P




Ogólnie impreza się udała, Artur był zadowolony i z prezentów i z wystroju. Bardzo dużą radość sprawił mu ten stolik z przekąskami. Do dzisiaj na kabanosy mówi - TNT, na ogórki - liście, a na brokuły - drzewa. I prosił, żeby nie sprzątać mu tego stolika, więc wszystko zostało do następnego dnia.


Sześciolatek!

Po powrocie od stomatologa Artur stwierdza:
- Wiesz mamo, ja pamiętam, że byłem kiedyś u tego dentysty z Zuzią. 
- Naprawdę? Pamiętasz? - moje zdziwienie było naprawdę szczere bo było to dawno temu.
- Tak pamiętam, mam tutaj takie zdjęcie - rzekł Artur pokazując paluszkiem głowę.


- Artur dlaczego nie zjadłeś tego sera? Przecież tak chciałeś, żeby ci go kupić?
- Bo nie pamiętałem jak bardzo tego sera nie lubiłem


Aaron zrobił kupę. Artur bardzo dosadnie to komunikuje chodząc po domu, zakrywając nos i krzycząc:
- Feee nie lubię tego zapachu!
Mówię poirytowana:
- Oj Artur uspokój się, zapach zaraz zniknie. Nikt przecież nie lubi tego zapachu.
Artur jeszcze bardziej rozdrażniony krzyczy:
- Jak to, no przecież mucha lubi zapach kupy!


Artur nie zjadł do końca obiadu bo stwierdził, że już nie ma miejsca w brzuchu. Ale po chwili poprosił o słodycze.
Mówię więc:
- Artur przecież mówiłeś, że nie masz już miejsca w brzuchu to jak zmieścisz jeszcze batonika?
Syn klepie się po brzuchu i rzecze:
- Ale ja na słodycze mam osobny zbiornik.




Mądre spojrzenie, zarażający uśmiech, dobra, ciepła dusza, współczujące i troskliwe serce i cudowne spojrzenie na świat. Oto mój syn. Mój Sześciolatek!








Jak moje dziecko wyrosło z alergii?

Wiem, wiem, dawno mnie tutaj nie było, ale wakacje zobowiązują do lenistwa, sami rozumiecie. Jestem po bardzo długim pobycie w Polsce, naładowałam akumulatory i spieszę Wam donieść bardzo dobrą nowinę, a mianowicie to, że Aaron wyrósł z alergii.

Aaron był alergikiem od urodzenia, na początku uczulał go nabiał, soja, kakao i orzechy. Oczywiście w pierwszym roku jego życia podstawą jego diety było moje mleko, więc tak naprawdę to ja musiałam bardzo pilnować się, żeby nie zjeść czegoś z danymi alergenami.

Na początku wszyscy pocieszali mnie, że on z tego wyrośnie i żebym się nie przejmowała. I rzeczywiście w okolicach pierwszych urodzin Aaron nie reagował już na kakao i orzechy. Czasem też piłam mleko sojowe czy podawałam mu sojowe jogurty i nic mu nie było. Żadnej wysypki czy płaczu z powodu bolącego brzuszka. I tak naprawdę wtedy zaczęłam wyczekiwać tego momentu, który niby miał zaraz nadejść, kiedy to moje dziecko wyrośnie z alergii na nabiał.  Bo nie ukrywam, że kiedy Aaron był coraz starszy i widział, że daję jogurt czy batonika Arturowi, on chciał oczywiście to samo, co starszy brat. Niestety nawet naleśniki czy jajka ugotowane na twardo, które Artur uwielbiał, musiał jeść w ukryciu przed bratem. I mimo, że ogromnie dbałam o dietę Aarona podsuwając mu ciągle jakieś nowe przysmaki, to on i tak wolał jeść to, co jego starszy brat. A Artur no cóż, nie dał się już przekabacić na inne, wymyślne smaki.

Niestety przez cały kolejny rok, czyli do drugich urodzin alergia nie minęła. Aaron nadal źle reagował na zjedzony jogurt z mleka krowiego czy mleczną czekoladę podebraną niepostrzeżenie ze stołu podczas jakiejś imprezy. Pamiętam, że tuż przed drugimi urodzinami Aaron zjadł jajo od brata z zupy ogórkowej i nic, absolutnie nic mu nie było. Później zaryzykowałam i zrobiłam mu naleśniki na jajach, ale nadal na mleku roślinnym i też bardzo dobrze się czuł. I powiem Wam, że ucieszyło mnie to bardzo, bo tak serio, naleśniki bez jajek nigdy mi ani nie wychodziły, ani specjalnie nie smakowały.

No i przyszedł w końcu dzień, kiedy Aaron przestał reagować na zjedzony nabiał. Zasmakował w żółtym serku i jogurtach. Nie dawałam mu jeszcze nic na mleku krowim bo ja ogólnie takiego nie używam i nigdy nie mam go w domu, ale naprawdę życie jest łatwiejsze, kiedy idziesz gdzieś do kogoś i nie musisz wypytywać o skład danych potraw czy wypieków. Owszem, to nie jest też tak, że Aaron je teraz bardzo dużo nabiału, bo tak nie jest. I być może, gdyby teraz zaczął jeść go w dużych ilościach, może jego organizm znów by się zbuntował.

Podsumowując ten mój pierwszy po bardzo długiej przerwie wpis, Aaron wyrósł z alergii i jest żywym przykładem na to, że jednak z alergii można wyrosnąć. I życie matki staje się prostsze.
Chociaż muszę przyznać, że gdyby nie alergia Aarona może nigdy nie dowiedziałabym się, że również na mnie nabiał bardzo źle wpływa i nie dowiedziałabym się tak dużo o kuchni roślinnej, którą teraz uwielbiam.

Koniec roku szkolnego 2016/2017


W piątek, 21 lipca Artur idzie ostatni dzień do szkoły w tym roku szkolnym. Niestety tutejsze wakacje trwają trochę krócej niż w Polsce, bo tylko 6 tygodni. Są tego plusy i minusy, ale nie będę się dzisiaj nad tym rozwodzić. Mam w planach wpis podsumowujący rok Artura w angielskiej zerówce i być może wtedy napiszę więcej.

Nie ma tutaj zakończenia roku szkolnego z wręczaniem świadectw i apelem, ale wcale nad tym nie ubolewam. Dostałam już ocenę opisową Artura i miałam spotkanie z nauczycielem, gdzie mogłam obejrzeć wszystkie jego zeszyty i prace z całego roku i jestem usatysfakcjonowana taką formą podsumowania roku szkolnego.

W czwartek za to jest impreza zorganizowana z okazji zakończenia roku szkolnego, taka wiecie z jedzeniem i muzyką. I wtedy też Artur wręczy swoim nauczycielom czekoladki Toffifee, które obklejałam po nocach. I właściwie post powstał głównie po to, żeby się nimi pochwalić :)







Jak zrobić strój pająka?

Zauważyłam, że jak się ma dziecko w szkole to często trzeba kombinować i wymyślać jakieś plastyczne twory, bo a to kostium trzeba zrobić, a to jakąś pop-up książkę, a to story-box czy ozdobny kapelusz i dużo, dużo innych rzeczy. A już na pewno trzeba zbierać wszelakie przydasie. Każde pudełko, wstążka, guzik czy folia mogą się kiedyś przydać. Często jest niestety tak, że akurat nie mam w domu potrzebnej rzeczy i maszeruję po sklepach. Ale nie narzekam bo akurat lubię takie rzeczy, tym bardziej, że jest to też fajny sposób na spędzenie czasu z dzieckiem.

I tak też było i tym razem. Na zakończenie okresu, kiedy dzieci uczyły się o owadach, zorganizowano Owadzi Bal i jak się już domyślacie, każde dziecko musiało być za jakiegoś robala przebrane. Artur oczywiście od razu stwierdził, że chciałby być pająkiem.

Do zrobienia kostiumu pająka nie trzeba dużo rzeczy, jakaś tektura, dwa kawałki gumki, które będą robiły za szelki, czarna farba i pędzelki, czarna opaska za jednego funta, pistolet z gorącym klejem i sztuczne oczy, które też są do nabycia w Funciaku.

Muszę też wspomnieć, że wytycznymi od nauczycieli było zrobienie kostiumu głównie przez dziecko, a rodzice mieli tylko je wspierać. Dlatego ten kostium może nie jest najpiękniej wykonany, ale w dużej mierze zrobiony jest przez pięciolatka (dwulatek też machał pędzlem).

No i czy ten pająk nie jest fajny?






Prezent na Dzień Ojca


Koszulkę z narysowaną ulicą oraz innymi charakterystycznymi dla niej obiektami mój mąż dostał rok temu na Dzień Ojca, ale jako, że zdjęcia zrobiłam dopiero podczas testowania prezentu, to wpis przywołuję dopiero teraz. Na zdjęciach jest też malutki Aaronek, który już wtedy świetnie bawił się w jeżdżenie pojazdami po tacie.

Nie będę tutaj specjalnie opisywać, jak zrobić taką koszulkę. Oczywiście polecam marker permanentny, który się nie spiera, wtedy koszulka będzie służyć dłużej. Pomysł również podpatrzony gdzieś w sieci, ale warto go odgapić, bo gwarantuje masaż i odpoczynek tacie, a dzieciom wspaniałą zabawę.





A w tym roku prezent na Dzień Ojca wygląda tak :)


Pastelowe notesiki

Ostatnio coraz częściej wracam do mojego hobby. Jest mi teraz łatwiej cokolwiek zrobić bo mam w naszej sypialni moje własne biurko, półeczki nad nim, które mieszczą wszystkie moje bibeloty i bardzo fajną, wygodną lampkę, która wspomaga moją pracę nawet w nocy (i jest prezentem od męża :) Może kiedyś Wam pokażę mój kącik w całej okazałości. A tymczasem, chwalę się notesami, które zrobiłam dla bliskich mi osób.










Bukiet ze słodyczy




Pomysł ten widziałam już jakiś czas temu w sieci, ale jakoś nie było okazji, żeby go zrobić. I w końcu przyszedł czas na dziesiąte urodziny mojej chrześnicy. Stwierdziłam, że spróbuję go wykonać.

Do zrobienia takiego bukietu niezbędny jest pistolet do klejenia na gorąco. Poza tym, potrzebujemy czterech pudełek ze słodyczami i dużo słodyczy. Niestety najbardziej sprawdzają się wszelkie słodkości typu guma rozpuszczalna czy żelki. Piszę niestety bo nie wszystkie dzieci lubią tego typu słodycze. Mój starszy syn na przykład toleruje tylko słodycze z czekolady. Jeśli chcecie zrobić bukiet tylko z czekoladowych wyrobów musicie uważać bo czekolada lubi się rozpuszczać pod wpływem gorącego kleju.


Jeśli już mamy wszystkie potrzebne rzeczy to sklejamy pudełka tak, żeby utworzyć "wazon". Spód zrobiłam z tektury. Do każdego słodycza doklejamy patyk do szaszłyków. Później układamy kompozycję w naszym wazonie, obwijamy wszystko folią i kokardą i bukiet gotowy.








P.S. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to najzdrowszy prezent świata, ale przecież to były dziesiąte urodziny! A Jubilatka była z bukietu bardzo zadowolona :)

Menu na urodziny


 
Nie będzie to tym razem menu typowe dla alergika, bo Aaron może już jeść jajka, ale mimo wszystko przepisy są bez mleka czy nabiału. Ogólnie nie szalałam w kuchni jakoś specjalnie, toteż przepisów nie będzie dużo. Tak naprawdę na urodzinach były tylko cztery osoby dorosłe i troje dzieci, więc sami rozumiecie, że nie miałam pola do popisu :)

Na sam początek podałam obiad i tutaj postawiłam totalnie na klasykę, schabowe kotlety, pieczone ziemniaczki, buraki, marchewka i gotowana fasolka szparagowa.

A z dań na zimno na stole można było znaleźć:

Tarta warzywna z tofu. Przepis TUTAJ
Przyznam szczerze, że to było moje pierwsze "spotkanie" z tofu i byłam miło zaskoczona. Dlatego wprowadzę ten produkt do mojej kuchni jeszcze nie raz.


Hummus, niestety kupny, ale znalazłam taki z dobrym składem i kupuję go bardzo często. Do hummusu były kukurydziane chipsy i dużo warzyw.


I ostatnia zimna przystawka, pasta słonecznikowa, przepis TUTAJ. Pasta wyszła naprawdę pyszna i polecam ją każdemu. Do pasty upiekłam chlebek. Taki zwykły na drożdżach i białej mące, ale pachniał cudownie i ta chrupiąca skórka, mniam :)


Na deser był oczywiście jego wysokość tort. Biszkopt tym razem zrobiłam z jajami, z przepisu, z którego korzystam od lat i zawsze wszystkim go polecam. Przepis TUTAJ
Biszkopt nasączyłam wodą z cukrem i sokiem z cytryny, pierwszą warstwę posmarowałam też wiśniową konfiturą. Zamiast bitej śmietany użyłam ubitego mleka kokosowego z puszki. Pisałam już nie raz lub podawałam linka, jak dobrze ubić taką śmietanę. Tort był pyszny, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że mój kompletnie "beztortowy" mąż zjadł dwa kawałki.


Ze słodkich wypieków pokusiłam się jeszcze o zrobienie babeczek czekoladowych z coca-colą. Są mięciutkie i wilgotne i upiekłam je już nie po raz pierwszy. Nie ozdabiałam ich żadnym kremem bo Artur nie lubi takich udziwnień. Przepis TUTAJ


Zrobiłam też wegańskie szyszki, które robi się bardzo szybko, ale mam wrażenie, że też bardzo szybko znikają. Niestety moje szyszki nie chciały przybrać pięknego kulistego kształtu, dlatego włożyłam masę do papilotek na muffinki. Na drugi dzień, kiedy już zastygły miały stałą konsystencję. Być może zrobiłam za rzadką masę korówkową, powinnam trzymać ją trochę dłużej na ogniu. Przepis TUTAJ Ja dodałam jeszcze do masy trochę kakao.


Oczywiście tradycyjnie już na stole znalazły się także kubeczki z sezonowymi owocami. 


To już wszystko, jak sami widzicie, nie było tego dużo, ale mam nadzieję, że goście nie wyszli ode mnie głodni :)

Inne nasze urodzinowe przepisy:
TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ