Dwa sposoby na kulki mocy

Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to zdążyliście już pewnie zauważyć, że moim ostatnim przysmakiem są daktyle nadziewane masłem orzechowym. Obojętnie jakim, chociaż najbardziej preferuję masło z orzeszków ziemnych z kawałkami orzechów.


Zaraz po tej przekąsce uwielbiam też kulki mocy i często je robię bo przygotowuje się je naprawdę szybko, a są dosyć syte i skutecznie zaspokajają moją zachciankę na coś słodkiego.
Przepisów na kulki przerobiłam już całkiem dużo, jedne smakowały mi bardziej, drugie trochę mniej, dlatego postanowiłam Wam przedstawić dwa rodzaje, które są naprawdę dobre.



Podwójnie czekoladowe kulki mocy

Przepis stąd KLIK

Suche składniki:
3/4 szklanki wiórków kokosowych
3/4 szklanki płatków owsianych
2 łyżki kakao
2 łyżki zmielonych nasion lnu
1/4 szklanki groszków czekoladowych lub pokrojona w małe kawałki gorzka czekolada (ja użyłam tego drugiego)

Mokre składniki: 
3/4 szklanki masła orzechowego, bez soli i cukru
1/4 szklanki syropu klonowego (myślę, że tutaj można użyć też syropu z agawy lub syropu z daktyli)


W dużej misce wymieszaj suche składniki. W mniejszej misce podgrzej w mikrofalówce lub w kąpieli wodnej masło orzechowe, aby było rzadkie i łatwo się rozprowadzało z suchymi składnikami.
Następni wymieszaj wszystkie składniki razem, di uzyskania jednolitej masy. Roluj małe kuleczki, układaj na tacy lub talerzu i włóż na 2 godziny do lodówki. Później możesz już tylko cieszyć się ich smakiem.
Ogólnie przechowuję je w lodówce, w zamkniętym pojemniku. Ale biorę na każdą wycieczkę w torebkę jednorazową i nigdy mi się jeszcze nie rozwaliły.


Kolorowe Trufle

Pierwotny przepis TUTAJ (ja go trochę zmodyfikowałam) 


Składniki:
300 g daktyli bez pestek (może być pół na pół z morelami)
100 g orzechów nerkowca
1-2 łyżki słodkiego syropu (z daktyli, agawy)
2 łyżki kakao
1 łyżeczka cynamonu
szczypta kardamonu
1 duża łyżka oleju kokosowego

Do obtaczania można użyć kakao, cynamon, curry, mielone suszone owoce, wiórki kokosowe i co Wam tam w duszy gra)

Do miksera wkładamy daktyle, kakao, orzechy, słodki syrop i przyprawy. Miksujemy. Na koniec dodajemy roztopiony olej kokosowy i jeszcze trochę miksujemy.

W małych miseczkach przygotuj wszystkie sypkie przyprawy, w których chcesz obtoczyć trufle, może być to tylko kakao jeśli nie masz czasu na zabawę :)

Roluj w dłoni małe kulki, obtaczaj je w przyprawach i wkładaj do małych papilotek. Ja niestety dopiero całkiem niedawno obkupiłam się w małe papilotki, ale można je opakować też w papier do pieczenia pocięty w kwadraty. Bardzo fajnie przedstawiła to Alicja na swoim blogu.

Te trufle także przechowuję w lodówce. Kilka też zamroziłam by móc cieszyć się nimi w chwili, kiedy czasu brak na siedzenie w kuchni.


Nie ukrywam, że ciągle robię kulki z różnych przepisów. Jest też tak, że robię je po prostu z tego, co akurat mam w domu. Zachęcam do spróbowania i inspirowania się :)


Książki rozwijające kreatywność od Usborne

Muszę Wam pokazać nasze nowe odkrycie książkowe. To znaczy nie są to książki do czytania, ale takie, przy których też można spędzić długie popołudnia i rozwijać kreatywność w nieskończoność.
Tadam, oto i one!


Pierwsza z nich to "Rubber Stamp Activities". Oprócz kilkudziesięciu stron do uzupełniania posiada z boku kolorowe tusze i małe stempelki, za pomocą których dziecko wykonuje polecenia i tworzy ilustracje. Jest to, można by rzec, najnowszy "wynalazek" wydawnictwa Usborne. Kolejna, którą opiszę jest już trochę starsza i zapewne bardziej znana.

Przyznam szczerze, że nie mogłam się już doczekać, kiedy oddeleguję Aarona na drzemkę i zasiądę z pierworodnym przy tejże książeczce. I powiem Wam, że przepadliśmy. Naprawdę jest to świetny pomysł nie tylko na miło spędzony czas w domu, ale także i w podróży czy gdzieś w poczekalni u lekarza. Książka ma bardzo grubą okładkę i posiada wszystko co potrzebujemy. Ach, zapomniałabym, chusteczka jest jeszcze bardzo ważna, żeby po każdym użyciu wytrzeć stempelek i ewentualnie zamoczyć go w innym tuszu. Ja na początku o tym zapomniałam (chociaż na pierwszej stronie jest wyraźnie o tym wspomniane) i nasze tusze troszkę się przybrudziły.












Drugiej książeczki, która nazywa się "Fingerprint Activities" jeszcze nie pokazywałam Arturowi, bo nie chcę go zasypywać w tym samym czasie podobnymi książkami, ale jestem pewna (i dlatego też ją zakupiłam), że i przy tej spędzimy bardzo miło i twórczo czas. Wydaje mi się nawet, że ta będzie trochę prostsza i mogłabym nawet zaryzykować i podarować ją Aaronowi za parę miesięcy.

Jak możecie zauważyć na zdjęciach poniżej, założenie książki jest podobne, tylko zamiast stempelków, znajdziemy ogrom pięknych, kolorowych tuszy i dziecko za pomocą odcisków palców uzupełnia ilustracje. 









To co mnie zachwyciło w tych książkach to bardzo pomysłowe ilustracje, które rewelacyjnie wykorzystują użycie czy to odcisków małych palców czy stempelków. Ryby, pieski, gąsienice, biedronki, dinozaury, balony i mnóstwo innych rzeczy można wyczarować tylko za pomocą odcisków palców. No i tych kart pracy jest naprawdę sporo, książka zapewne wystarczy na długo. Poza tym, można tworzyć w niej także swoje ilustracje i dorysowywać wszystko, co tylko podpowie dziecku wyobraźnia.

Te pomysły, jak wykorzystać odciski palców do tworzenia różnych zwierząt czy przedmiotów na pewno jeszcze nie  raz wykorzystam w innych pracach i zabawach. I już widzę ogromne stemple zrobione z ziemniaków i farb, wyskrobię tylko kilka kształtów, koło, kwadrat, trójkąt i jakaś "łezka" i będziemy tworzyć multum różnych rzeczy. No naprawdę książka obudziła we mnie chęć tworzenia.

Jednym słowem, bardzo fajne książeczki nie ograniczające dziecięcej kreatywności. Gorąco polecam.


Co kupiłam na AliExpress? /2

Poprzedni wpis o moich zakupach na AliExpress tak Wam się podobał, że postanowiłam znów pokazać co ostatnio nabyłam u Majfrendów.


Dosyć słynne skarpetki liski lub wilczki. Jakościowo jestem zadowolona, bardzo dobrze zachowują się też po praniu. Najpierw zamówiłam tylko brązowe, ale jak tylko te doszły stwierdziłam, że warto zainwestować w jeszcze jedną parę. 

 Link TUTAJ






Szare spodenki z kotkiem na pupie. Wyglądają i leżą bardzo dobrze. Mają wąskie nogawki i ogólnie są na szczupłe maluszki. Mój syn jest bardzo drobny, praktycznie wszystkie spodenki muszę mu zaszywać w pasie, te na szczęście były szyte jakby na miarę. Niestety nie pokusiłam się o kolejne sztuki ponieważ materiał jest dość sztucznawy i cieniutki, chociaż nie zmechaciły się i bardzo dobrze zachowują się po wielokrotnym praniu.

Link TUTAJ




Jaja dopasowanki. Było ich 6 sztuk, niestety jaja są w ciągłym użytku i byłam w stanie zlokalizować tylko te załączone na obrazku. Na początku ciężko jest roczniakowi czy nawet dwulatkowi otwierać te jaja, ale po pewnym czasie się wyrabiają i jest lepiej. Ogólnie bardzo fajna zabawka, nie tylko dla młodszych dzieci bo Artur też miał czas zafascynowania jajami.

Link TUTAJ



Czapka i komin w krokodyle. Niestety w czapce Aaron nie pochodził zbyt długo bo była na styk, a teraz zjeżdża mu z głowy. Natomiast w kominie chodzi cały czas, bardzo go lubimy oboje. Materiał fajny w dotyku, nie trąci sztucznością jak spodenki, jest trochę rozciągliwy.

 Link Tutaj

Bransoletki na rękę dla dzieci z bajki Pidżamersi. To znaczy u nas ta bajka nazywa się PJ Masks i chłopcy za nią szaleją. Dlatego stwierdziłam, że zamówię im taką głupotę. Oczywiście cieszy się uznaniem.
Link niestety już nie działa, chociaż kupowałam je całkiem niedawno.



Naklejki na ścianę. Nie wiem, jak trzymają się na ścianie, ale mają dobre opinie na grupie FB, w której ludzie polecają różne rzeczy z AliExpress. Ja nie kupiłam tych naklejek z myślą o ozdabianiu ścian, tylko różnych przedmiotów. Na przykład na pojemnikach z Ikea, w których przechowujemy kredki, trzymają się wspaniale. Nie wiem, gdzie jeszcze umieszczę te gwiazdki, ale na pewno znajdę zastosowanie.

Link Tutaj




Figurki z tej samej bajki, o której wspomniałam wyżej. Figurki są w miarę dobrze wykonane, niektóre mają nawet ruchome głowy. Chłopcy bardzo lubią odgrywać nimi różne sceny lub w ogóle wykorzystywać je do innych zabaw, tj. rzucanie nimi w kręgle :p

 Link TUTAJ




Widelczyki do lunchboxu. Kupiłam je z myślą o lunchu, który czasem pakuję Arturowi na różne wycieczki. Tak, żeby sobie zjadł pomidorka czy gruszkę bez ubrudzenia łapek. Malutkie, poręczne i mieszczą się do każdego pudełka.

Link Tutaj



Ostatni mój zakup to naklejki,  które można kolorować i na nich pisać. Zamówiłam je z myślą o kalendarzu Artura, który tworzymy na początku każdego miesiaca, a o którym pisałam tutaj KLIK


Link TUTAJ




Poprzedni wpis o zakupach na AliExpress TUTAJ

Mój pierwszy dzień w nowym kraju

Startujemy... mam miejscówkę przy oknie... patrzę jak polska ziemia robi się coraz mniejsza i ginie za chmurami. Czuję gulę w gardle, podniecenie miesza się ze strachem...  W sercu robi się jednak cieplej, kiedy w obcym kraju strażnik sprawdza mój dowód osobisty i z uśmiechem mówi "Welcome".

W drodze do domu mojej siostry mijamy całe centrum Londynu.  Jest pięknie. Wszystko takie czyściutkie, zadbane. Jadę autobusem i czuję się jakby zamiast okna był monitor ultra HD, 4K czy coś w ten deseń, w którym puszczony jest film dokumentalny o Londynie. I niestety czar pryska, kiedy dojeżdżamy do dalszych stref miasta. Mnóstwo śmieci, brzydkie, stare chodniki z dziurami, sklepy już bez pięknych, ociekających smakiem i pomysłowością wystaw tylko zwykłe okienne wystawki, a niejednokrotnie też obklejone zwyczajnie plakatami.

Idę ulicą i czuję się, jakbym przyjechała na jakiś światowy zjazd wszystkich narodowości. Mnóstwo różnych barw i zapachów. Ludzie pochodzący z ciepłych krajów pachną dosłownie jeszcze tamtejszym słońcem. Wszystko wokół mnie wiruje, nie mogę się nadziwić. Wgapiam się we wszystko, co mijam po drodze. Ludzie poubierani nie w to, co wypada czy narzuca moda, ale w to, co jest zgodne z ich tradycją, stylem, może muzyką, a w większości przypadków w to, co jest po prostu wygodne. Pod sklepem stoi gość w krótkich spodenkach, japonkach, sweterku i na głowie ma najprawdziwszą uszankę z futra. Za chwilę mijam kobietę ubraną w szlafrok, a na głowie ma zakręcone wałki. W uszach rozbrzmiewa kilkadziesiąt, ba! setka nawet różnych języków. Gwarno, kolorowo, niby obco, a jednak tak swojsko i radośnie.

Jestem w tutejszym markecie. Ożeż ależ oni mają asortyment! I znów czuję się jak dziecko z trzeciego świata... połowę warzyw i owoców to ja na oczy w życiu nie widziałam.
Stoimy w końcu z siostrą w kolejce do kasy, rozmawiamy po polsku, się wie. Przychodzi nasza kolej. Zostajemy obsłużone, siostra wskazując na jednorazówkę pyta:
- Can I have one?
Ekspedientka odpowiada:
- Tak, proszę.

I wchodzę do Funciaka, kupuję moje ukochane jeszcze wtedy Maltesers za jednego funta i paczkę Pringlesów na przegryzkę. Moje podniebienie czuje się rozpieszczone. Co prawda jeszcze mam ten nawyk przeliczania wszystkiego na złotówki, ale szybko przestaję myśleć tym tokiem. Pan kasjer zdaje się w ogóle nie spieszyć. Zresztą ludzie w kolejce też czekają jakoś tak cierpliwie i bez pochrząkiwania. Wszyscy wydają się być tacy sympatyczni i szczęśliwi.


Londyn mnie urzekł! Nie tylko w pierwszym dniu, ale do dzisiaj potrafię się nim zachwycić. I choć po trzech latach życia tutaj moje zauroczenie tym miastem zmieszało się z szarą rutyną dnia codziennego, to i tak twierdzę, że Londyn to cudowne miejsce. Ale... i właśnie o to jedno "ale" jestem bogatsza... Londyn nie jest odpowiednim miastem, żeby w nim mieszkać na dłużej, ale fajnie by było mieć go gdzieś niedaleko i móc go często odwiedzać.












Wpis powstał w ramach projektu wiosennego organizowanego przez Klub Polki na Obczyźnie


http://klubpolek.pl/

Parada Wielkanocnych Kapeluszy, ozdoby świąteczne i upominek od Zająca



U Artura w szkole przerwa świąteczna rozpoczęła się dokładnie dwa tygodnie przed świętami. W ostatnim dniu szkoły odbyła się Parada Wielkanocnych Kapeluszy, o czym warto wspomnieć, bo jest to podobno znana tradycja na wyspach. Ja zetknęłam się z nią pierwszy raz i muszę przyznać, że bawiliśmy się z Arturem świetnie. Easter Bonnet Parade polega przede wszystkim na zrobieniu swojego wielkanocnego kapelusza i im jest on bardziej pomysłowy i okazały, tym większe szanse na wygraną. Ja przekonałam się o tym dopiero w szkole, kiedy zobaczyłam te wszystkie przepiękne, ogromne kapelusze. My osobiście zrobiliśmy skromny kapelusik, ale za rok zaszalejemy. Później dzieci i nauczyciele paradują z kapeluszami na głowach przed Jury i najładniejsze kapelusze nagradzane są słodkimi upominkami. Generalnie to wydarzenie nie jest skupione na jakiejś wielkiej wygranej, ale na wspaniałej, wspólnej zabawie i integracji rodziców ze szkołą. Dlatego nawet kiedy te najmłodsze dzieci nie wygrały obyło się bez łez.



Oczywiście nie muszę chyba mówić, że nie wiem jak to się stało, że te dwa tygodnie prawie już minęły i zaraz będziemy mieli święta? Starałam się oczywiście ten czas jakoś owocnie spędzić z chłopcami, byliśmy na wycieczce, o której napiszę po świętach i zrobiliśmy kilka rzeczy związanych z Wielkanocą, które możecie podpatrzeć poniżej na zdjęciach.











Czeka nas jeszcze malowanie pisanek i oczywiście wizyta w kościele. Udało mi się też w tym roku zrobić upominki dla chłopców w wytłaczankach po jajkach. Pisałam o tym TUTAJ. Już wiem, że kiedyś pomysł podpatrzyłam na blogu O tym że...
W tym roku chłopcy dostaną po stempelku, który odbija ślady kurczaka i zająca, Artur dostanie jeszcze ludzika LEGO, a Aaron małą ciuchcię, bo uwielbia bawić się wagonikami. Oprócz tego kilka czekoladowych łakoci.





Spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych Wam życzę.