Parada Wielkanocnych Kapeluszy, ozdoby świąteczne i upominek od Zająca



U Artura w szkole przerwa świąteczna rozpoczęła się dokładnie dwa tygodnie przed świętami. W ostatnim dniu szkoły odbyła się Parada Wielkanocnych Kapeluszy, o czym warto wspomnieć, bo jest to podobno znana tradycja na wyspach. Ja zetknęłam się z nią pierwszy raz i muszę przyznać, że bawiliśmy się z Arturem świetnie. Easter Bonnet Parade polega przede wszystkim na zrobieniu swojego wielkanocnego kapelusza i im jest on bardziej pomysłowy i okazały, tym większe szanse na wygraną. Ja przekonałam się o tym dopiero w szkole, kiedy zobaczyłam te wszystkie przepiękne, ogromne kapelusze. My osobiście zrobiliśmy skromny kapelusik, ale za rok zaszalejemy. Później dzieci i nauczyciele paradują z kapeluszami na głowach przed Jury i najładniejsze kapelusze nagradzane są słodkimi upominkami. Generalnie to wydarzenie nie jest skupione na jakiejś wielkiej wygranej, ale na wspaniałej, wspólnej zabawie i integracji rodziców ze szkołą. Dlatego nawet kiedy te najmłodsze dzieci nie wygrały obyło się bez łez.



Oczywiście nie muszę chyba mówić, że nie wiem jak to się stało, że te dwa tygodnie prawie już minęły i zaraz będziemy mieli święta? Starałam się oczywiście ten czas jakoś owocnie spędzić z chłopcami, byliśmy na wycieczce, o której napiszę po świętach i zrobiliśmy kilka rzeczy związanych z Wielkanocą, które możecie podpatrzeć poniżej na zdjęciach.











Czeka nas jeszcze malowanie pisanek i oczywiście wizyta w kościele. Udało mi się też w tym roku zrobić upominki dla chłopców w wytłaczankach po jajkach. Pisałam o tym TUTAJ. Już wiem, że kiedyś pomysł podpatrzyłam na blogu O tym że...
W tym roku chłopcy dostaną po stempelku, który odbija ślady kurczaka i zająca, Artur dostanie jeszcze ludzika LEGO, a Aaron małą ciuchcię, bo uwielbia bawić się wagonikami. Oprócz tego kilka czekoladowych łakoci.





Spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych Wam życzę.

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci 2017

Późno, bo późno, ale wpis tradycyjnie powstanie. I oczywiście ku pamięci pokażę, co aktualnie najchętniej czytają moje dzieci. Tak, pierwszy raz będzie to wpis książkowy dotyczący dwóch synków, bo Aaron ku mojej uciesze też chętnie sięga po książeczki.

Co czyta Aaron?

Zacznę od Arona bo jednak z racji jego wieku tych książek jest mało. I przyznam Wam szczerze, że pomimo tego, że dzieci mam bardzo różnie, sięgają po te same książki w tym samym wieku. I nie chodzi tutaj o to, że tylko takie mamy na stanie i dlatego to właśnie te się sprawdzają. Tak po prostu jest, bo książek mamy naprawdę sporo.

Tak więc, Aaron, tak samo jak kiedyś Artur, uwielbia (ja już trochę mniej) całą serię "Mały chłopiec", książki z okienkami i dziurkami ("Muminki", "Peek a boo" i "Kto robi hu hu?"), a przede wszystkim uwielbia tę z misiem. Lubi też bardzo "Basię i Franka", dokładnie tak samo jak Artur. I książeczki z rysunkami, poniżej seria "Happy baby", coś na zasadzie pierwszego słownika obrazkowego (swoją drogą muszę taki zamówić bo ten co mamy po Arturze to się zwyczajnie rozleciał).









 



Co czyta Artur?

Z Arturem to jest tak, że od dwóch lat niezmiennie ma swoje ulubione książki i często do nich wraca. Uwielbia też teraz wszelkie dziecięce encyklopedie. Poprosiłam go, żeby naszykował wszystkie, które są najulubieńsze. No i pożałowałam, jak zobaczyłam spory stos. No ale cóż, obfociłam wszystkie, jakie tylko chciał. Proszszsz :)





















Poniżej linki do poprzednich wpisów z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci:

Międzynarodowy Dzień Książki 2013

Międzynarodowy Dzień Książki 2014

Międzynarodowy Dzień Książki 2015

Druga przeprowadzka na emigracji

Z różnych przyczyn musieliśmy poszukać sobie nowego lokum. Wiem, zabrzmiało trochę dyplomatycznie, ale gdybym miała opisywać wszystko, to nie skończyłabym do wieczora, a i czytać mało komu by się chciało taki długi post. Ogółem mówiąc, przeciekający dach, wilgoć, landlord, który ociągał się z naprawą czegokolwiek i bardzo mały pokój Artura zmusiły nas do przeprowadzki. Niestety znaleźć coś innego było ogromnym problemem. I im więcej mieliśmy wymagań, tym gorzej było nam coś znaleźć. A bo ustawne pokoje, a bo ogród, a bo blisko szkoły, a bo blisko pracy, a bo miejsce parkingowe, a żeby nie na zadupiu... no wiecie jak to jest. Ale niestety, po dłuższym czasie poszukiwań i jednym złym doświadczeniu, gdzie już mieliśmy zapłacony holding deposit i landlord się wycofał, zminimalizowaliśmy listę wymagań. No i nie oszukujmy się, limit za wynajem też mieliśmy ograniczony. Nawet przez chwilę zaczęliśmy zastanawiać się czy nie wyprowadzić się z Londynu,  pojechaliśmy do znajomych poza stolicę coby rozeznać się w sytuacji, ale stwierdziliśmy, że jeszcze trochę pomieszkamy tutaj.

W końcu znaleźliśmy nasze lokum. To znaczy, z  racji tego, że mąż nie mógł non stop brać wolnego, żeby oglądać mieszkania i chodzić po agencjach, ja znalazłam to mieszkanie, obejrzałam, podjęłam decyzję, załatwiłam wszystkie potrzebne papiery, a mąż zobaczył je dopiero jak podpisaliśmy umowę i dostaliśmy klucze. Ale spodobało mu się, uff :)

No i zagnieżdżamy się na nowym. Czeka nas jeszcze dużo pracy, ale mieszkanie już jakoś wygląda.  Pewnie banalnie to zabrzmi, ale nie jest łatwo z dwójką małych dzieci. Nie ukrywam, że dużo osób nam pomogło. Jestem wdzięczna, że mam wokół siebie tak dużo pomocnych duszyczek.

Z jednej strony fajnie jest się przeprowadzać, pozbyć się nadmiaru bagażu i bibelotów, zrobić gruntowny przegląd rzeczy. Ale z drugiej strony zaczynam tęsknić do czegoś stałego, na dłużej, najlepiej czegoś swojego. I wierzę, że jeszcze kiedyś tak będzie. A tymczasem, mam nadzieję, że tutaj "zabawimy" na dłużej i chyba podświadomie chcę to miejsce zaczarować, żeby było bardziej nasze i jak nigdy dekoruję i urządzam się na dobre.

Cały czas jestem na Instagramie i tam możecie mnie podglądać.  (mordoklejka_i_rodzinka)

A tymczasem zostawiam kilka zdjęć i wracam do moszczenia się na nowym.


Chłopcy w końcu mają wspólny pokój i duże biurko przy którym spędzają większość czasu.  Lubią też razem spać. Kącik Artura jest już prawie skończony, Aaron musi jeszcze trochę poczekać.





Moja kuchnia i moje królestwo. Nie na darmo Artur o kuchni mówi "pokój mamy". Tak, uwielbiam gotować, piec i tutaj przebywać.