Opowiedz mi... co jest pod ziemią

Kupiłam tą książkę z myślą o Aaronie bo jest bardzo fajnych, poręcznych rozmiarów, jest całokartonowa i ma niewiele tekstu. A i owszem, przypadła mu do gustu, ale jeszcze bardziej spodobała się Arturowi.

Książka "Opowiedz mi... co jest pod ziemią" to jedna z kilku części wydana przez wydawnictwo Wilga. Przez kolejne strony możemy wraz z dzieckiem podziwiać przekrój ziemi, która znajduje się pod wsią, polem uprawnym oraz pod miastem. Jak już pisałam, tekstu jest bardzo mało, a właściwie są to pytania skierowane do małego czytelnika.

Piękne, przejrzyste ilustracje przedstawiają podziemne życie zwierząt i roślin, różne instalacje i rury, komunikację oraz wykopaliska. Nie zabrakło tutaj także trochę magii i bajkowego świata ukazanego w krasnoludkach i smoku.

Bardzo lubimy z Arturem podziwiać te wszystkie tunele, korzenie, kryjówki i sekrety, które ukrywają się pod ziemią. Oczywiście Artur zażyczył sobie inne części z tej serii, Co jest pod wodą, Co jest w powietrzu i Co jest na ziemi. Na szczęście książeczki nie są drogie, więc dwie z nich czekają już w internetowym koszyku.
 
Opowiedz mi... co jest pod ziemią
Praca zbiorowa
Wydawnictwo Wilga







Jak zrobić kostium Elmera


W piątek, w szkole Artura był World Book Day i dzieci, które miały ochotę przebrały się za postaci z książek. Nie muszę chyba mówić, że prawie wszystkie wzięły udział w tej zabawie. Być może zachętą była też pieniężna nagroda za najlepszy strój. Poza tym, wszystkie dzieci dostały Book Token wart 1 funt, za który mogą sobie "kupić" książkę w wybranych sklepach.


Powiem Wam, że bardzo podobał mi się ten widok. Niektóre dzieci były przebrane za bardzo charakterystyczne postaci, inne mniej, ale fajną zabawą było dla mnie i Artura odgadywanie, kto jest kim? No i bardzo pomysłowo byli przebrani sami nauczyciele.

Artur postanowił był Elmerem. To znaczy zaraz po tym, jak chciał być Batmanem i Waderem, ale jako, że te postaci zna właściwie tylko z tak zwanego "podwórka" bo nie czytamy mu jeszcze takich książek czy komiksów, poprosiłam Go, żeby spojrzał na swoją biblioteczkę i wybrał jakąś postać ze swoich książek. No i w sumie cieszę się, że padło na Elmera, bo od razu zaświtał mi jakiś pomysł. Oczywiście gdybym miała maszynę i potrafiła szyć to kostium wyglądałby ładniej, ale jak się nie ma co się lubi...

Tak więc, użyłam tylko białej koszulki, opaski na włosy mojej chrześnicy, rolkę po ręczniku papierowym, gumkę i dużo tektury. Kratki kolorowaliśmy razem z Arturem. Wykonanie całego stroju zajęło nam coś około godzinki.



Na koniec pochwalę się naszym Elmerowym zbiorem. Już nie wspomnę, że Elmer i Różę kupiłam na wakacjach za całe 5 złotych!




Co u nas?

Aaron mimo, że odstawiłam Go od piersi, jest nadal strasznym pieszczochem, który absorbuje całkowicie mój czas. Ale nie sposób mu odmówić, czaruje tym swoim uśmiechem i oczyskami. Nadal potrafi wykrzyczeć i wypłakać to, czego chce. Nie odpuszcza i koniec. Często nawet Artur mu ulega, żeby tylko nie słyszeć jego pisków. Ale niestety, jak to bywa wśród rodzeństwa, często jest też tak, że ani jeden, ani drugi nie chce odpuścić i ryczą za jedną zabawką. Staram się rozwiązywać te spory w miarę sprawiedliwie, a jednocześnie wiem, że tak będzie już zawsze. Nie mogę też stsle narzekać bo potrafią fajnie bawić się razem, lubią spędzać czas ze sobą, a najbardziej uwielbiają się razem kąpać.
Jeśli chodzi o mocno zauważalne kroki w rozwoju Aarona to na pewno jest to jedzenie łyżeczką i picie z kubeczka bez polewania się. Naprawdę świetnie sobie w tych czynnościach radzi. Mówi nadal bardzo mało, aczkolwiek da się w tej jego mowie doszukać odpowiedników naszych wyrazów. No i chyba powoli zaczyna wychodzić z alergii. Nie reaguje już negatywnie na jaja. Czasem, raz w tygodniu daję mu też jakiś jogurt czy coś, co ma w składzie mleko i nie ma też żadnych alergicznych oznak. Wszystko idzie w dobrym kierunku i ogromnie cieszą mnie takie zmiany na plus.

Artur świetnie sobie daje radę w szkole, uwielbia pisać wyrazy, przepisywać, a o rysowaniu już nie wspomnę bo to uwielbiał od zawsze. Od września planuję zapisać Go na jakieś zajęcia artystyczne dla małych miłośników malowania i rysowania. Niestety czasem jest tak, a zwłaszcza po weekendzie, że nie chce mu się iść do szkoły i bardzo nad tym ubolewa, czasem popłakuje, że nie może zostać ze mną i Aaronem w domu. Ale jak po niego przychodzę to jest cały w skowronkach i dumny z siebie bo dostał jakąś odznakę czy gwiazdkę za dobre osiągnięcia. Od września chodzi też na basen, bardzo mu się tam podoba i chociaż do grudnia nie widać było jakichś specjalnych efektów nauki pływania, tak w ostatnim miesiącu naprawdę "zaskoczył" nas wszystkich i nawet instruktor stwierdził, że za dwa-trzy tygodnie przeniesie Go na głębszy basen.

Ja znów zaczynam "wychodzić" do ludzi, a raczej do angielskiej społeczności bo polskich znajomych mi tutaj nie brakuje. Już w wakacje zaczęłam chodzić na playgroups do Childrens Centre, a tydzień temu zapisałam się też na kurs angielskiego. Co prawda, na razie będą to tylko dwie godziny raz w tygodniu i na ten czas oddam Arona do żłobka, ale od września planuję znów wrócić do szkoły i skończyć to, co zaczęłam dwa lata temu, a z powodu porodu nie dokończyłam. Niestety jak się ma tak długą przerwę w ciągłym mówieniu i obcowaniu z językiem to człowiek bardzo dużo zapomina. Tak więc, muszę znów odkurzyć szare komórki i trochę zainwestować w siebie. Tym bardziej, że dzieci rosną i wkrótce trzeba pójść do pracy.

A tak podsumowując, jesteśmy w trakcie przeprowadzki, ale myślę, że o tym powstanie jakiś oddzielny wpis bo jest co opisywać.
Więc, stay tuned!

Koniec karmienia piersią

Wiedziałam, że koniec jest już blisko. Właściwie kiedy tylko Aaron zaczął częstować się piersią tylko raz dziennie, nad ranem, to przeczuwałam, że to nie potrwa długo. No i skończyło się 15 lutego... dwa dni później na widok matki karmiącej piersią malutkie niemowlę poczułam ogromną tęsknotę do tych chwil. Tych naszych pięknych, spokojnych chwil, słodko pachnących główką mojego synka. W sumie karmiłam 1 rok, 8 miesięcy i 18 dni.

Śmiać mi się chce, kiedy wspominam, jak mówiłam, że pokarmię Go trzy pierwsze miesiące, żeby chociaż trochę odporności nabrał i koniec. A później, jak okazało się, że syn jest alergikiem, to postanowiłam karmić 6 miesięcy, coby chociaż łatwiej mógł "wyjść" z alergii. A później, kiedy w okolicach pięciu miesięcy wszystko się unormowało, Aaron jadł średnio co 3-4 godziny, nie wisiał non-stop na cycku i pokochałam te nasze błogie chwile, przestałam myśleć o końcu. Nie wyznaczałam sobie już żadnej granicy. Chciałam, żeby zakończyło się to samo, najbardziej naturalnie jak tylko to będzie możliwe.

No i chyba mogę stwierdzić, że Aaron sam się odstawił od piersi, ale nie ukrywam, że trochę mu w tym pomogłam. Owszem rozszerzanie diety rozpoczęłam po skończeniu przez syna 6 miesięcy i na początku, a właściwie do 10 miesiąca, te wszystkie dania i deserki były tylko dodatkiem do mojego mleka, które było podstawą żywienia. Po 10 miesiącu trochę się to zmieniło bo Aaron sam zaczął domagać się bardziej posiłków stałych niż mojej piersi, a ja, że tak powiem, słuchałam instynktu i podążałam za jego potrzebami. I mimo, że mogłam nadal kłaść większy nacisk na karmienie piersią, odpuściłam i proponowałam mu coraz to nowe smaki i struktury innych potraw.

Jeszcze w okolicach 1 urodzin jadł około 5-6 razy na dobę, nad bardzo wczesnym ranem, później nad prawdziwym ranem, dwa razy w dzień po drzemkach, wieczorem i w nocy. Bardzo duża zmiana nastąpiła, kiedy wyjechaliśmy latem nad morze i Aaron był tak zajęty eksplorowaniem przestrzeni, że kompletnie odstawił dziennie karmienia. Pamiętam, że tylko raz karmiłam go na plaży. Tak więc, po wakacjach zostały już tylko praktycznie 2-3 karmienia, wieczorem, w nocy i nad ranem.  I właściwie ta ilość powoli się zmniejszała, aż w końcu w okolicach 18 miesiąca synek pił mleko tylko raz, nad ranem. A całkiem niedawno prosił o mleko tylko co drugi dzień i wtedy wiedziałam, że długo to już nie potrwa.

Aaron mimo, że jest dzieckiem absorbującym i domagającym się ciągłej uwagi, nie był typowym dzieckiem wiszącym na cycku. Owszem, bywały te cięższe dni, kiedy był chory czy ząbkował i potrzebował częściej tej bliskości, ale nie powtarzało się to zbyt często. Nie miałam też nigdy takiej sytuacji, że po skończeniu roczku Aaron domagał się piersi na ulicy, w sklepie czy gdzieś, kiedy byliśmy w gościach. A wiem, że są takie dzieci, które tego wymagają. Aaron na początku, przez właściwie 4 miesiące był strasznym cycoholikiem, ale później, jak już wspomniałam wcześniej, jego godziny karmienia się unormowały i wspólnie cieszyliśmy się tą rutyną. A później pokochał pokarmy stałe i dosyć szybko się odstawił od piersi.

Z jednej strony cieszę się, że to już koniec i mogłabym rzucić się teraz na mleczną czekoladę, jak to sobie kiedyś obiecałam, ale nic takiego się nie stanie, o czym pisałam we wcześniejszym poście. Czuję też dumę, że mi się udało tak długo to pociągnąć... początki pełne łez i bólu, dwa zapalenia piersi, alergia dziecka i proszszsz jak to się wszystko pięknie zakończyło. A z drugiej strony, będzie mi tego brakować. Bardzo. I nigdy nie zapomnę tej radości i klaskania w łapki mojego synka przed samym już momentem karmienia. Ale myślę, że ogólnie już tęsknie do małego, różowego niemowlaka, pachnącego mlekiem i oliwką, wydającego śmieszne odgłosy chrumkania jak prosiaczek. I niestety prawda jest taka, że nie zafunduję sobie kolejnego dziecka, bo każde kolejne też urośnie i pójdzie w świat. Takie właśnie jest to życie, eh.



Moje ciało podarowało 566100 ml mleka.

Chcesz wiedzieć, ile Twoje ciało podarowało? Wejdź na stronę Mataja i oblicz.

Pozytywne skutki diety bezmlecznej

Kiedy ponad półtora roku temu razem z położną i laktatorką ustaliłyśmy, że Aaron jest prawdopodobnie alergikiem i konieczna jest dieta eliminacyjna, żeby to sprawdzić, a później kiedy okazało się, że naprawdę jest uczulony na nabiał, orzechy, soję i kakao myślałam, a właściwie byłam pewna, że w najlepszym wypadku stracę pokarm, a w najgorszym zwyczajnie umrę śmiercią głodową. No bo ile można pociągnąć na chlebie i dżemie?

Zaczęłam przeszukiwać internety, eksperymentować w kuchni i ku mojemu zdziwieniu bardzo szybko przekonałam się, że bez nabiału da się żyć. Ogrom inspiracji czerpałam i nadal czerpię z blogów wegańskich. Napisałam już kiedyś na blogu wpis, co jeść, kiedy karmi się piersią małego alergika.  
Oprócz tego, co można znaleźć w sieci, korzystam także z książek kucharskich, które mają w większości przepisy bez nabiału. Poniżej mój skromny, ale jakże pomocny zbiór. A na mojej liście życzeń są obecnie dwie książki do kupienia, Wegan Nerd. Moja roślinna kuchnia i Vegenerata sposób na zdrowie. Gotuj, biegaj i chudnij.


Muszę przyznać, że teraz moja kuchnia i świadomość tego, co wkładam do gara wygląda zupełnie inaczej. Inaczej znaczy lepiej i zdrowiej. I powiem Wam, że po ponad półtora roku nie znudziło mi się jeszcze to "wojowanie" z dietą bezmleczną. Mało tego, ja nie mam już zamiaru wracać do dawnego sposobu odżywiania, nawet kiedy moje dziecko "wyjdzie" z alergii. Z bardzo prostego powodu. Ta przypadkowa dieta uzdrowiła moje ciało. Kiedyś często leczyłam się (antybiotykami!) na refluks i wrzody żołądka oraz stany zapalne dróg moczowych. Poza tym, codziennie, a przede wszystkim wieczorami czułam się pełna, wzdęta i ociężała. Teraz wszystkie dolegliwości mnie opuściły, czuję się bardzo dobrze, nie czuję żadnego dyskomfortu ze strony układu pokarmowego. A i na wagę ciała nie mogę narzekać bo mimo, że moje BMI nigdy nie sugerowało nadwagi, to dopiero teraz, z obecnymi kilogramami czuję się znacznie lepiej.

Oprócz tego, że wyeliminowałam nabiał, staram się ograniczać też mięso bo naczytałam się, że tak naprawdę to nic dobrego dla naszego organizmu. Poza tym, z roślin można wyczarować takie cuda, że na mięso człowiek nie ma już ochoty. Owszem, byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że w ogóle nie jem nabiału. bo nie trzymam się już tak bardzo rygorystycznie diety jak wcześniej, kiedy Aaron był młodszy i przyznaję, że czasem zjem coś z serem lub mlekiem, ale zdarza się to bardzo rzadko. A jeśli nawet skuszę się w któryś tam weekend na kawałek pizzy z serem to później nie mogę spać, bo dokucza mi najnormalniej w świecie okrutna zgaga. Po mlecznej czekoladzie mam to samo i na dodatek boli mnie brzuch. Wcześniej w ogóle tego nie kojarzyłam z czekoladą... no bo jak to możliwe, żeby moja ulubiona mleczna czekolada wyrządzała mi szkodę? Tak naprawdę to z nabiału dobrze toleruję jaja, ale też ich nie nadużywam bo boję się skutków ubocznych. Wydaje mi się, że chyba też mam uczulenie na nabiał, tylko nigdy o tym nie pomyślałam. Mam w planach zrobić sobie w najbliższym czasie jakieś testy na alergie pokarmową.

Tak więc, to co kiedyś wydawało mi się najgorszą karą i przymusowym obowiązkiem, okazało się drogą do wyzdrowienia. Właściwie to gdyby nie alergia synka i chęć wykarmienia go piersią, nigdy bym się nie dowiedziała, że mój organizm nie toleruje nabiału. Dziś czuję się o niebo lepiej, czuję się lekko i zdrowo. Zachłysnęłam się kuchnią roślinną, pokochałam te smaki i kto wie? może kiedyś napiszę post, jak zostałam weganką? 

Zapraszam Was na mój instagrm mordoklejka_i_rodzinka, gdzie znajdziecie więcej  moich bezmlecznych potraw, które przygotowuję dla mojej rodzinki, a przede wszystkim dla mnie i mojego małego alergika.


Pudding rice na mleku roślinnym z mango


Najlepsze śliwki w czekoladzie, które zrobiłam nie tylko na święta. Przepis TUTAJ



Czekolada własnoręcznie nadziana wszelkimi orzechami i bakaliami.



Wegańskie curry z soczewicy, dyni i pomidorów, z domowymi chlebkami naan.



Domowe bounty.



Ciasto drożdżowe bez mleka i jajek.




Poczęstunek dla gości, który nie zawiera jaj i mleka.



Kolorowe trufle, przepis TUTAJ



Tata w sieci

Kupiłam tą książkę, po pierwsze dlatego, że mój syn lubi pingwiny, a już najbardziej książki i bajki o nich. Po drugie dlatego, że jest ona o tacie, a Artur kocha swojego tatę nad życie i też lubi słuchać opowieści, gdzie głównym bohaterem jest tenże właśnie rodzic. No i po trzecie, bo temat jest niejako na czasie. No bo przecież tak łatwo dzisiaj wpaść w internetową sieć. I bez względu na to, czy ma się dzieci, czy nie, bardzo ciężko jest się wylogować do życia.

Tytułowy tata jest na tyle uzależniony od internetu, że nawet kiedy je posiłek z rodziną nie potrafi być offline. Wpatrzony tylko w monitor laptopa nie słucha tego, co ma mu ważnego do powiedzenia jego syn i nie odpowiada na jego pytania. Nie widzi również, że żona jest coraz bardziej smutna i czuje się odtrącona. Nawet w nocy nie potrafi myśleć o niczym innym jak tylko o tym, co dzieje się w sieci. Tego co musi się wydarzyć, żeby tata pingwin w końcu zrozumiał jaki poważny popełnia błąd będąc cały czas zamkniętym w wirtualnym świecie, nie zdradzę. Ale powiem Wam, że warto przeczytać tą książkę z dzieckiem i samemu zrobić rachunek sumienia.

"Tata w sieci"jest raczej małych i poręcznych formatów, z twardą oprawą i miękkim środkiem. Książka ma mało tekstu, niejednokrotnie dialogi umieszczone są w chmurkach, co daje efekt charakterystyczny dla komiksu. Bardzo lekko się ją czyta. Zdecydowanie przeważają w niej ilustracje, zresztą bardzo ładne ilustracje. Podoba mi się też przewrotna nazwa popularnego portalu społecznościowego, a o nazwach znajomych na Icebooku już nie wspomnę bo przy czytaniu nie raz parsknęłam śmiechem.

Po przeczytaniu tej książki Artur stwierdził "Mój tata nie jest taki jak ten tata Pingwinka". No i niech tak zostanie.

Tytuł: Tata w sieci
Autor: Philippe de Kremmeter
Ilustrator: Philippe de Kremmeter
Wydawnictwo: Muchomor










Story box czyli hisoria w pudełku

W tym tygodniu Artur miał za zadanie domowe wykonać "Story box" i szczerze przyznam pierwszy raz zetknęłam się z tym zagadnieniem, chociaż o podobnym tworze pisałam TUTAJ.
Żeby się trochę zainspirować i ogólnie poczytać o co kaman wyszukałam w internetach naprawdę świetne pomysły. Zobaczcie sami jak super pewna mama wykonała Story box z Czerwonym Kapturkiem, TUTAJ

Ogólnym założeniem Story Box jest umieszczenie w pudełku najważniejszych bohaterów i ewentualnie elementów związanych z daną bajką. Oczywiście bawić się można takim dziełem na różne sposoby, przekonałam się już o tym po wykonaniu naszego pudełka. Dorosły może czytać bajkę podczas gdy dziecko manipuluje przy elementach pudełka. Dziecko może też samo nam opowiadać bajkę i kierować wykonanymi kukiełkami lub po prostu może stworzyć całkowicie nową historię z owymi postaciami. A kiedy w domu czy szkole jest więcej dzieci mogą one odgrywać scenki z bajki. No możliwości jest naprawdę mnóstwo, wystarczy tylko wykonać taki Story Box.

Artur musiał wykonać Story Box w oparciu o jakąś znaną tradycyjną bajkę. Wybór padł na "Trzy małe świnki" bo syn uwielbia wszelkie bajki z wilkiem.


Tak więc, potrzebne nam było pudełko, czterech głównych bohaterów i trzy domki. Oczywiście można było pokusić się jeszcze o jakiś garnek, w którym wilk sparzył sobie ogon i uciekł do lasu, ale wydaje mi się, że najważniejsze elementy, które wcześniej wymieniłam wystarczą.

Ogólnie nasz Story Box postanowiłam wykonać tą samą metodą, co akwarium, które kiedyś zrobiłam z Arturem TUTAJ .
Pudełko przygotowałam tak, jakby to był telewizor. Lepsze byłoby pudełko po butach, ale niestety jak się nie ma, co się lubi... bla bla bla. Na górze pudełka wycięłam jeden szerszy otwór na "sceny" i dwa mniejsze na postaci, które umieściłam na guzikach.



Głównych bohaterów przerysowałam osobiście, a pierworodny pokolorował. Później przykleiłam ich do tektury, wycięłam i zamontowałam na pudełku.



Domki rysowaliśmy i kolorowaliśmy wspólnie. Przykleiliśmy je do tektury, podpisaliśmy odpowiednio, żeby wszyscy wiedzieli który ma być pierwszy, drugi i trzeci i wszystkie umieściliśmy w pudełku. Dzięki temu wyciągając je i przekładając można zmieniać scenerię.



Na koniec popracowaliśmy nad wykończeniem i ogólnym wyglądem naszego Story Box. Wiem, że jakość wykonania nie jest najlepsza, ale biorąc pod uwagę, że zrobiliśmy go w bardzo krótkim czasie, no i z pięciolatkiem, to nie można się czepiać.

Podziwiajcie i koniecznie zróbcie taki Story Box ze swoimi pociechami. Świetna zabawa gwarantowana. 





Policjant artysta i inne gadu-gadu


- Wiesz mamo, ja zostanę policjantem artystą! - entuzjastycznie stwierdził Artur w drodze do szkoły
- Tak? A co taki policjant robi? - zapytałam bez udawanego zdziwienia
- No jeździ do domów ludzi i im rysuje, wszystko co tylko zapragną, słońce, drzewa, samoloty. Wszystko im namaluję!




- Mam bardzo dużo roboty! Będę pracował całe dwa łiki. Jeden łik i drugi łik*

* week - łik - z ang. tydzień



- Mamo, kogo kochasz najbardziej na świecie? - pyta Artur podczas spaceru
- Ciebie kocham, Twojego braciszka i Twojego tatę - odpowiadam bez zająknięcia.
Artur również bez zmrużenia oka odpowiada:
-  Acha, a ja kocham najbardziej na świecie mrówki.




Myję plecy Arturowi i zauważam na nich dużo krostek. Mówię nie całkiem poważnie:
- Ojej, pogryzły Cię jakieś pająki!
Artur wręcz całkiem poważnie:
- O nie nie! To chyba jakiś żart!




Czytam Arturowi książkę z jego pierwszego roku życia i jest tam napisane:
"Nie umiałeś mówić, ale doskonale sobie radziłeś w porozumiewaniu się z nami bo pokazywałeś palcem wszystko, co chciałeś."
Na to Artur:
- Ale pokazywanie palcem jest nieładne!





- Mamo, pójdziemy jutro do biblioteki?
- Nie synku bo jutro idziemy do Wojtusia.
- No to nie jutro, tylko bardzo bardzo jutro?




Mistrzostwa Europy. Niemcy - Polska
Oglądamy mecz. Artur krzyczy:
- Biegnij biały, biegnij!
Tata mówi do Artura: Nie kibicujemy białym tylko czerwonym.
Artur rzecze: Ale ja kibicuję białym bo lubię biały.




Artur kładzie się spać i szczelnie się przykrywa mówiąc:
- Muszę się dobrze przykryć, nie mogę zmarznąć bo jestem już prawie zachorowany.




Rozmawiamy o dorastaniu i przyszłości. Mówię do Artura, że kiedy oboje z Aaronem dorosną to się wyprowadzą z domu i będą mieszkać w swoich domach.
Artur słucha, słucha, przetwarza inforamcje i ze smutkiem pyta:
- I już się nigdy nie spotkamy? 




Artur pewnego dnia po powrocie ze szkoły wyściskał brata i stwierdził:
- Aaron zaraz już nie będzie takim dzidziusiem. Muszę szybko dorosnąć i zostać tatą żebyśmy znów mieli takiego dzidziusia w domu.




 - Kiedy się uczysz literek to Twój mózg staje się silniejszy. Wiesz mamo!?




- Nie mogę oglądać strasznych bajek bo później tu w środku (wskazuje paluchem sam czubek głowy)  robią mi się straszne seny.



Artur często się irytuje, kiedy odrabiamy lekcje czy ćwiczymy czytanie. Pewnego dnia podczas kolejnego napadu smutku, próbując go pocieszyć mówię:
- Synku pamiętaj, że Ty mówisz dwoma językami i jest ci trudniej wszystko od razu przyswoić.
Artur łypie na mnie zdziwionym okiem, pokazuje mi język i mówi:
- Ale mamo! Ja mam tylko jeden język!